02

 

Liceum to syf. Istny koszmar. Fałszywe uśmiechy, wchodzenie sobie wzajemnie w dupę, wyścig szczurów, zrzucenie do samego marginesu społecznego, kiedy zrobisz coś, co nie spodoba się pseudo bogom, bo właśnie tak traktowani byli ci popularni. Doskonale coś o tym wiedział.

San nie chciał tu być. Każdego dnia od ostatniego roku czuł się tak samo i nie istniało na tym świecie nic, co mogłoby sprawić, że poczuje się lepiej w murach owego budynku. Zdawał sobie sprawę z każdych szeptów, każdych spojrzeń, każdego odsuwania się na kilometr, kiedy tylko raczył obdarzyć spojrzeniem wybranego przez siebie plotkarza. Nie przejmował się ich zdaniem samym w sobie, bo zasłużył na dosłownie wszystko, jednak przeszkadzało mu to, w jakim stopniu się to na nim odbiło. Z pożądanego przez wszystkich nagle stoczył się do nijakiego, tego strasznego typa.  Trudność sprawiały mu nowe znajomości, a nawet sam się do nich nie spieszył; brzydził się ludzi, nosząc przy sobie nienawiść do praktycznie wszystkiego, co się rusza i coraz bardziej zżerało go to od środka. Żył w istnym paradoksie, mając za złe wszystkim dookoła, a przecież tylko on był odpowiedzialny za swoje przeszłe uczynki, które zaprowadziły go w dokładnie to miejsce. U swojego boku miał tylko własnego, rodzonego brata oraz Seonghwę.

- Zainteresowanie bije od ciebie na kilometr – zauważył zgryźliwie Seonghwa, poprzedzając słowa ciężkim westchnieniem. Denerwowało go, kiedy San nie udawał nawet, że go słucha.

Sam  zainteresowany  obrócił głowę w celu zerknięcia na swojego przyjaciela, wlepiając usilnie wzrok, czym próbował dość ostentacyjnie nadrobić za swoje nikłe przewinienie, co spotkało się z rozdrażnionym przewróceniem oczami oraz zbywającym machnięciem ręką. Fakt faktem, naprawdę miał gdzieś bełkoty o nowym konkursie matematycznym czy o tym, jaki to żarcik Seonghwa zgotował swoim przydupasom z rady uczniowskiej. Seonghwa był chodzącym złotem i to po znajomości z nim, San mógł potwierdzić, jednak jego wspaniałe poczucie humoru kończyło się na przyklejeniu gumy do krzesła.

- Po co się w ogóle fatygujesz, jak w tych konkursach biorą udział same przegrywy? – odezwał się w odpowiedzi Jongho, gdy skończył przybijać piątki z co drugą przechodzącą obok nich osobą. – Wcale nie pomożesz tym naszej reputacji. Nigdy nie wygrzebiemy się z tytułu frajerów.

- A gówno mnie to obchodzi.

- Mów ładniej.

- Nie rozkazuj mi, skrzacie.

- O patrzcie go jaki najwyższy na świecie, wielce dorosły  wielki filantrop, filozof, matematyk, przewodniczący zjebów.

- Zamknijcie się już, ładnie proszę – stanowczy, nieco zmęczony dziecinną wymianą zdań głos Sana poskutkował, aby nastała chwilowa cisza i nawet, jeśli nie patrzył na znajdującą się obok niego dwójkę to wiedział, że ciskają sobie z oczu piorunami.

Musiał niechętnie przyznać rację swojemu bratu. Oczywiście, wiedział, że gdyby nie oni to skończyłby jako totalny odludek, jednak tytuł szkolnego frajera, nikogo ważnego, nerda, niezbyt mu odpowiadał. Nie był żadnym z tych określeń i zdecydowanie nie życzył sobie, aby którekolwiek z nim wlokło się za nim aż do końca jego licealnych dni. Jongho i tak znajdował się na najlepszej pozycji z nich wszystkich.  Jako wokalista oraz założyciel szkolnego zespołu o wdzięcznej nazwie Daddy-O’s  grywał na wielu szkolnych tańcach, pomijając jego sporą sieć kontaktów przez uczęszczanie oraz, również granie, na wrotkarni znajdującej się niedaleko szkoły. Trzymał też kontakt z Yeosangiem, co dawało mu nawet większą rozpoznawalność, a on mimo to lojalnie tkwił przy Seonghwie. I Sanie.

Nie wywoływało w nim to żadnej pozytywnej emocji, nie miał zamiaru całować młodszego brata po stopach tylko dlatego, że jest obecnie jego drugim źródłem rozmów. Wiedział, że Jongho mimo wszystko ma go gdzieś, zresztą z wzajemnością. Ich relacja od dawna zakrapiana była ciągłą rywalizacją o uznanie rodziców, którą niestety szczycił się od roku Jongho. Cudowny, perfekcyjny, wzorowy Jongho.

Było mu jednak szkoda Seonghwy. Bycie otwarcie biseksualnym wiązało się z wieloma konsekwencjami i niemożliwym było, aby chłopak miał szansę wkroczenia do tej wyższej szkolnej grupy. Zdawało się, że nie przejmuje się tym, co myślą o nim inni, jednak każde wytknięcie mu jego statusu powodowało sarkastyczne, niekiedy nieco agresywne reakcje.

- San, chyba ktoś jest tobą mocno zainteresowany – chichot Jongho dotarł do jego uszu, po raz kolejny zbijając go z tropu, a pozostawiając w sytuacji kompletnego zdezorientowania. Młodszy subtelnie kiwnął w punkt przed siebie, co poskutkowało pozostałą dwójką obserwującą ten sam kierunek.

Rozpoznawał sensację siedzącą na języku każdego  od jakichś trzech tygodni, jakby mógł nie. Jung Wooyoung. Całkowicie przeciętny, zwyczajny farciarz, bo chyba tylko szczęście zagwarantowało mu pozycję w The Greasers. Nie rozumiał moczenia sobie na jego widok majtek, tak jak robiło to praktycznie wszystko co się tylko rusza. Irytował go jego dumny chód, jak gdyby zapominał, że jest nowy i nie włada całym wszechświatem. Irytowały go jego błyskotliwe, cwane komentarze, które niekiedy zdarzyło mu się podsłuchać na korytarzach. Irytował go też sposób, w jaki Wooyoung ciągle chodził z tym denerwującym uśmieszkiem albo ciągły spokój, zupełnie jakby jarał każdego dnia przed szkołą. Irytowało go, że właśnie na niego patrzył.

- Niech patrzy. Najwidoczniej bardzo mu się nudzi.

Za wszelką cenę starał się zachować spokój, mimo że już czuł nawracający kolejny epizod agresji, która przysporzyła mu tyle problemów. Nie chciał jednak dać się sprowokować komukolwiek z tej grupy, a już na pewno nie jemu. Nie temu nowemu, który myślał, że nagle wszystko mu wolno.

- Myślisz, że wie? – zapytał niepewnie Seonghwa, szybko odwracający wzrok od czterech sylwetek, z czego jedna klasycznie mierzyła go nienawistnym spojrzeniem. Nie miał ochoty na starcie, nie dzisiaj.

- Wie co? – syknął San, zmierzający do środka szkoły, nie chcąc patrzeć na żadnego z nich. Unikał The Greasers jak ognia. Unikał Chevroleta, którego tak dobrze znał. Unikał prowokacji, konfrontacji, mimo że kusiło go każdego dnia zedrzeć im te zadowolone miny z twarzy. Mimo to musiał przyznać, że w grupie z idealnie wyczesanymi włosami, najmodniejszymi skórzanymi kurtkami i jeansami z droższych półek kryło się coś, co przyciągało każdego. Wiedział to lepiej niż ktokolwiek, ale nienawidził wytykania mu tego.

- No… wiesz, że…

- Chyba mówiłeś coś o konkursie matematycznym, czy mi się zdaje?

Seonghwa podchwycił aluzję niemal błyskawicznie, po raz kolejny zaczynając rozprawkę o uczestnikach i organizacji konkursu, któremu poświęcał tyle czasu. Jongho skarcił Sana spojrzeniem za ponowne wznowienie tej męczarni dla uszu, jednak koniec końców, San skorzystał na tym. Wewnętrzną ulgą. Nie chciał wymawiać żadnej sprawy ze swojej przeszłości na głos. Wystarczyło, że siedziała w środku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

01

03