01
1955.
Dom znajdujący się nieopodal jednego z większych liceów w Kalifornii miewał swoje korzyści, jak i wady. Zaczynając od tych dobrych stron, można by z pewnością wymienić brak pośpiechu co rano. I to byłoby na tyle. Wada, mimo że również pojedyncza, o wiele bardziej dawała o sobie znać, kiedy nawet przez zamknięte okna krzyk grup nastolatków oraz pisk opon samochodów przejeżdżających wzdłuż głównej ulicy był słyszalny na tyle, że każdego z domowników po sekundzie bolała głowa. Wooyoung z nagłym parsknięciem odnotował wyraźne, gniewne komentarze swojego ojca, kiedy ten usiłował przeczytać poranną gazetę na fotelu przed telewizorem, a matka, klepiąc mężczyznę po ramieniu, próbowała ukoić jego nerwy.
Żelem nabranym na szeroko rozstawiony grzebyk przeczesał boki włosów, mając pewność, że wszystko wygląda idealnie i jest na swoim miejscu.
Tak właśnie wyglądało jego nowe, licealne życie.
Nigdy nie przykładał ogromnej wagi do takich rzeczy. W starej szkole nie wzbijał się na wyżyny grup społecznych, ba – nie, żeby kiedykolwiek miał na to szansę, ale żyło mu się z tym dobrze. Nie widział siebie w centrum uwagi, dopóki przeprowadzka do Kalifornii nie obróciła tego wszystkiego do góry nogami. Jung Wooyoung roztaczał wokół siebie dziwny magnetyzm, w pewien sposób dość osobliwy urok, co automatycznie kierowało ciekawskie spojrzenia na jego osobę, dumnie kroczącą z podniesioną głową oraz dziwnym, nieodgadnionym uśmieszkiem. Wydawało się, jakby w jednej sekundzie po wkroczeniu poza progi obcego wtedy budynku zdołał okręcić sobie wszystkich uczniów wokół palca. Wydawało się też, jakby cały świat trzymał w kieszeni, posiadając nad wszystkim kompletną kontrolę. To właśnie czyniło blondyna tak charakterystycznym.
- E, panienka, długo jeszcze?! – trąbienie samochodu oraz donośny, znajomy krzyk przerwał myśli Wooyounga, który pospiesznie zarzucił skórzaną kurtkę na barki i z rozpiętym, trzymanym w ręku plecakiem entuzjastycznie wybiegł z domu, żegnając się z rodzicami w równie błyskawicznym tempie.
Klasyczny, krwistoczerwony Chevrolet zaparkowany tuż pod jego domem teoretycznie wydawał mu się pozbawiony sensu, a sam Wooyoung powtarzał przyjaciołom wiele razy, że może spokojnie przebyć dystans do szkoły na piechotę. Wiedział jednak, że bycie w The Greasers rządzi się własnymi prawami i albo poruszają się razem, albo wcale. Przeskoczył przez drzwiczki, zajmując godne miejsce na samym środku tylnego siedzenia. Samochód ruszył z piskiem opon, prawdopodobnie po raz kolejny tego poranka irytując jego ojca.
- Wyjątkowo wcześnie jak na was – zauważył, marszcząc brwi ze zdumienia, co spotkało się z głośnym prychnięciem.
- Wozisz z nami dupsko dopiero od dwóch tygodni, zmieniamy rutynę co jakiś czas – odparł Hongjoong, zerkając na Wooyounga w górnym lusterku.
- No właśnie, zmieniamy rutynę!
- Nie mogę was słuchać, a siedzę tu dopiero dokładnie sześć i pół minuty – spokojny głos Yeosanga wyrażał śmieszne aż politowanie, kiedy oparł skroń o palec wskazujący, patrząc zarówno na Hongjoonga oraz Yunho z widocznym zdegustowaniem. – Yunho spodobała się jakaś nowa, w dodatku z kółka naukowego i Yunho nagle wie jak się czyta, dlatego musi być jak najwcześniej, żeby ją dorwać i pochwalić się, że ma IQ większe niż 10.
- Nie moja wina, że cię nie chciała, jak wiecznie łazisz z miną, jakbyś miał kij w dupie – rudowłosy chłopak nie pozostał bierny w dotyczącej go konwersacji, zirytowany.
- Jest ładna, ale w przeciwieństwie do niektórych nie jestem takim desperatem, żeby sam latać za dziewczynami. Same do mnie przyjdą. Wooyoung mnie rozumie.
Wspomniany Wooyoung jedynie niedbale skinął głową, wcale nie zaskoczony spięciem, które odbywało się praktycznie co rano. Hongjoong, jako lider całej grupy, wyjątkowo uprzejmie komunikował im, kiedy należy skończyć, a on i Mingi siedzieli zwykle niewzruszeni, mimo, że na początku mogliby wyjąć popcorn. Cała grupa miała specyficzną dynamikę, o czym sam się bardzo szybko przekonał, jednak miał wobec nich dług wdzięczności, bo to oni niedługo po zobaczeniu go jako tego nowego zainteresowali się nim i mimo, że musiał udowodnić w jednym zadaniu to, iż zasługuje na miejsce w tej grupie, zdecydowali się traktować go z szacunkiem i finalnie przyjąć pod swoje skrzydła.
Stając na nogi, tuż obok pozostałej trójki wiedział, że nie
tylko promienie słońca zwróciły się ku nim, a wszystkie pary oczu znajdujące
się przed budynkiem, do czego zdumiewająco szybko przywyknął. Każdy z nich miał w sobie coś, co ich wyróżniało. W
przypadku Hongjoonga niezaprzeczalnie charakterystyczne były niebieskie,
uniesione do góry włosy oraz wygolone boki, awangardowa sylwetka, jak i mnóstwo
piercingu, czarne paznokcie i biżuteria z motywem krzyża. Tak, zdecydowanie wyglądał
onieśmielająco i nikt nie odważyłby się nawet go pominąć.
Yunho, grupowy wieżowiec, za dobry chyba w każdym sporcie jaki istniał, z
równie wyróżniającymi się wyblakło-rudymi włosami oraz starannie wyprasowanymi
ubraniami i zdecydowanie najżyczliwszym spojrzeniem był tym, kim każdy chciał
być. Świetny w absolutnie wszystkim.
Mingi, równie wysoki i bardziej stonowany od swoich kolegów, z okularami zwykle
spoczywającymi na grzbiecie nosa organizował najlepsze domówki, na które każdy
próbował się wkręcić. Ponadto, zawsze był na bieżąco z wszystkimi trendami,
które każdy chłopak – udolnie lub i nie – starał się kopiować. Żaden z nich
jednak nie dosięgał do poziomu, który reprezentował Song Mingi.
Yeosang zaś z łatwością mógłby nakleić sobie na czoło karteczkę z napisem „typowy
łamacz serc”, przed którym się nie wzbraniał, w czym bardzo przypominał
Wooyounga. Platynowe blond włosy idealnie współgrały z jego bladą karnacją,
przez co wyglądał zupełnie niewinnie, jednak ćwieki doczepione do jego
skórzanej kurtki, motocykl oraz fakt tego, że był gitarzystą szkolnego zespołu
sugerowały nieco inny obraz.
A tuż obok nich Wooyoung. Z nieco mniej wybijającym się
odcieniem blondu, z niedbałością, jednakże nonszalancją zmierzającą za nim z
każdym krokiem, intensywnym spojrzeniem spod ciemniejszego cienia na jego
powiekach, którego używał odkąd znalazł go w rzeczach mamy, z równocześnie
promiennym, rozbrajającym uśmiechem. Mimo najkrótszego okresu czasu znajdowania się
w grupie, Wooyoung zdecydowanie cieszył się – dziwnym trafem – największą popularnością,
największą ilością ukradkowych spojrzeń na swoim koncie, dziewczynami
oblegającymi go na przeważnie każdej przerwie. Połączenie wyglądu z charakterem
tworzyło zabójczą całość, czego niestety lub stety, był w zupełności świadomy.
Oparłszy się nieco o maskę samochodu, przebiegł wzrokiem po
każdej osobie znajdującej się na dziedzińcu. Nie kojarzył większości z tych
ludzi, a może zwykle zwyczajnie nie przykuwał uwagi; dziewczyny dobrane grupami
dyskutowały o czymś zawzięcie, co jakiś czas śmiejąc się głośno i, rzecz jasna,
prędzej czy później Yunho znalazł się w gronie adoracji, mimo, że chodziło mu o
tę jedną, szczególną blondynkę. Prawą rękę przewodniczącego rady uczniowskiej.
Park Seonghwa był postacią, którą znał (może niekoniecznie zamienił z nim słowo
osobiście, jednak sam fakt tego, iż lider wybrał go sobie jako kozła ofiarnego
numer jeden w całej szkole był trudny do przeoczenia), tuż obok niego żywo
gestykulujący Choi Jongho, widocznie zaangażowany w konwersację, jednakże oczy
Wooyounga spoczęły na trzeciej sylwetce, zdecydowanie bardziej tajemniczej i
najbardziej interesującej. Nie miał pamięci do twarzy, to prawda, jednak mógłby
uciąć sobie rękę, że tego osobnika nie widział ani razu. Przeczesane do tyłu
włosy, o wiele dłuższe na końcu przy karku, ciemne z jasnym pasmem, intrygujący
kolczyk w wardze, dumnie wyprostowana sylwetka i czerwony sweter bez rękawów,
na który zarzuconą miał kurtkę z ciemnego jeansu. Ludzie szeptali za jego
plecami, jakby przestraszeni wchodzić z nim w interakcje, jednak w zupełnie
inny sposób niż wobec samego Wooyounga. I to wzbudziło jego największą
ciekawość.
- Chłopaki, kto to jest?
Komentarze
Prześlij komentarz